niedziela, 30 kwietnia 2017

Skald. Wężowy język tom 2 - premiera w maju!

Zapowiedź wydawnicza:

O pieśniarzu Ainarze nam opowiedz,
ty, który kraczesz na wysokości.

Zwą smakoszem strof poetę,
który pija miód poezji.
Zwą wężowym językiem woja,
który wrogów kaleczy wersami.



Wiosna roku 959 zastaje Skalda w dobrym zdrowiu. Gorzej z reputacją pieśniarza, nadszarpniętą przez knowania jego córki. Ainar traci pozycję na dworze w Konstantynopolu, ale czas umila sobie w ramionach ukochanej. Tymczasem arabscy piraci coraz mocniej zagrażają bizantyjskim wybrzeżom, w pałacach greckiego imperium planuje się kolejne kampanie wojenne, a dwór basileusów wypełnia sieć spisków. Gdy tajemniczy skrytobójca podaje truciznę samemu cesarzowi, poeta zostaje zmuszony do następnej wyprawy. Ma zdobyć złoto Krety i zrobić porządek w gronie własnej rodziny.
Kolejna odsłona awanturniczego cyklu o wikingach, w którym autor rzetelnie odmalowuje obraz Europy z połowy X wieku i wzbogaca go światem pogańskich wierzeń.





czwartek, 29 grudnia 2016

Pieczone kiełbaski

Taki film oglądałem: Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015, reż. R. Eggers). Jest to opowieść o rodzinie wielodzietnej (pięcioro dzieci), protestanckiej (w wydaniu purytańskim) i biednej, bo przez los pokrzywdzonej. Krewka głowa rodziny pokłóciła się w sprawach teologicznych z szefami swojej gminy wyznaniowej i postanowiła, że ma dość, dziękuje, i z całą rodziną przeprowadza się do głuszy. Na miejsce swojej banicji rodzina wybrała dziewiczy region Nowej Anglii, która w owym czasie, czyli w XVII wieku, nie należała do krain bezpiecznych. Całkiem była jednak urocza, więc szanse na godne życie rodzina miała, bo i poza ciężką pracą i kawałkiem chleba niewiele te purytańskie duszyczki potrzebowały do szczęścia. No ale była jeszcze wiedźma, która mieszkała w okolicy i postanowiła wystawić na próbę tak wiarę jak i bezpieczeństwo całej rodziny. Bez wdawania się w szczegóły, które mogłyby popsuć widzowi cieszenie się z cierpienia innych, nadmienię tylko, że jędza nie postępuje tak jak fikcyjne czarownice z filmów grozy. Scenariusz filmu jest oparty na rzeczywistych aktach z procesów o czary i wedle zapewnień twórców starucha zachowuje się dokładnie tak, jak historyczne wiedźmy z XVII wieku. I wychodzi to świetnie!


Film Eggersa przeszedł bez większego echa, a szkoda, bo jest to twór wielce pożyteczny i na swój sposób popularyzujący ten skrawek amerykańskiej historii. Zrywa też ze stereotypem, że wiedźmy to tylko nieszczęśliwe kobiety prześladowane za swoją wiedzę (zielarskie umiejętności) emancypację (bo były samotnymi pannami radzącymi sobie w lesie) i miłość do zwierząt (któż bardziej umiłował koty, koguty i kozły w kolorze czarnym?) przez ciemny Kościół i krwiożerczą inkwizycję. To prawda, że czasem oskarżano o uprawianie czarów całkiem niewinne osoby, ale rzadko takie kobiety kończyły na stosie wyłącznie z tego powodu. W ogóle myli się ten, komu palenie czarownic kojarzy się ze średniowieczem. Pierwsze procesy o czary, czy o wilkołactwo (wilkołak to wedle ówczesnych przekonań czarownik) pojawiły się co prawda u schyłku „wieków ciemnych”, ale ich wysyp nastąpił dopiero w oświeconych wiekach nowożytnych, zwłaszcza w XVI, XVII i XVIII stuleciu. I o wiele więcej stosów płonęło w krajach protestanckich, niż katolickich. Ktoś powie – i co z tego, przecież karanie kogoś z powodu domniemanych czarów, to ciemnogród, wstyd i wiocha. Inny wskaże, że nie ma czegoś takiego jak magia, a diabelskie rytuały to „niewinna” zabawa w młodego buntownika. Warto sobie jednak uświadomić, że czarownice zwykle nie były skazywane za same gusła, ale za zbrodnie, które popełniały pod wpływem podszeptów Złego. Z zachowanych akt sądowych i moralizatorskich broszur, które opisywały życie straconego wilkołaka lub wiedźmy, dowiadujemy się o przewinieniach, jakie stały się przyczyną ich kaźni. Poza oskarżeniami o konszachty z diabłem, stosowanie maści do latania, czy używania pasów do przemiany w wilka, pojawiają się zarzuty o przewinienia cielesne, od błahych uwiedzeń mnichów i żonatych, po odrażającą pedofilię. Do najcięższych zbrodni należały morderstwa, także te na dzieciach i ze szczególnym okrucieństwem, a przede wszystkim kanibalizm (o to zwłaszcza oskarżano wilkołaków). Całą sytuację można nawet odwrócić – jeśli ktoś był kanibalem i mordował w sposób okrutny, jak seryjny morderca, to z automatu mógł zostać oskarżony o stosowanie czarów i konszachty z diabłem. Ludziom nie mieściło się bowiem w głowie, że za takie zbrodnie mogła odpowiadać ludzka natura. W owym czasie diabeł czyhał na zlęknionych protestantów w każdym ciemnym koncie i jakkolwiek to zabrzmi – pomagał im racjonalizować sobie świat. Działanie upadłego anioła wyjaśniało istnienie zła na świecie, a postępowanie jego oddanych sług – czarownic i czarowników – pomagało zrozumieć naturę najcięższych zbrodni, których nie potrafi pojąć żaden zdrowy umysł.




Historia stosów nie jest więc prosta, a film Eggersa pozwala spojrzeć na to zagadnienie z innej, dzisiaj mniej popularnej strony. Że oprócz niewinnych kobiet, które stały się ofiarą strachu i religijnych zabobonów lokalnej społeczności, żyły i takie wiedźmy, że i dzisiejszy widz chętnie podłożyłby ogień pod ich stos. W końcu kto nie lubi pieczonych kiełbasek?

Jeśli kogoś zainteresował temat polecam mój artykuł “Wilkołak na stosie”, który jakiś czas temu opublikował magazyn Wiedza i Życie:

wtorek, 19 lipca 2016

Skald. Wężowy język, tom 1 - dostępny w księgarniach!

Ainar Skald powraca i zaprasza Was w podróż do średniowiecznego Bizancjum.

PRZYGODY, WALKA, MAGIA I SPORA DAWKA HUMORU!

Walka jak poezja,
miłość jak klątwa,
pieśń jak złoto,
magia jak religia,
a śmierć to zbawienie…

Powiadają, że ciągnie za nim stado kruków żerujących na truchłach jego wrogów.

Mówią, że jest biegły w strof składaniu, gdyż z łatwością przekuwa słowa w wersy na kowadle swego języka.

Prawią, że język ma rozdwojony niczym u węża, bo z jego ust zarówno mądrość wypływa, jak i słowa o zdradzie i podstępie.

Opowiadają, że tworzyć potrafi jeno słowem, bo czynami sprowadza wyłącznie pożogę i śmierć.

Wyjęty spod prawa na Północy i znienawidzony na Wschodzie Ainar Skald rusza na kolejną wyprawę. Postanawia, że tym razem naprawdę coś zbuduje – został przecież konungiem. Wprawdzie na razie tylko morskim i bez ziemi, za to dysponującym flotą i bitną armią. Dzioby okrętów skierował ku Miklagardowi, najbogatszemu miastu na świecie. Bogate łupy zawsze się przydają przy budowie królestwa, ale do Bizancjum ciągnie go coś więcej. Wiadomość od tajemniczej kobiety z przeszłości, która nawiedza go we śnie i przypomina o starych występkach.



ISBN 978-83-65310-54-5
Wymiary 140 x 205 mm
Okładka miękka
Cena detaliczna 34,90 zł
Wydanie pierwsze
Wydawca Wydawnictwo ERICA

Łukasz Malinowski - rocznik 1983. W 2010 roku obronił na UJ doktorat z historii. Specjalizuje się w historii średniowiecznej Skandynawii. Literacko zadebiutował powieścią „Skald. Karmiciel kruków”, która rozpoczęła cykl: „Skald. Kowal słów. (tom I i II)”. Autor książki „Berserkir i ulfhednar w historii, mitach i legendach” oraz przekładu „Sagi o Viga-Glumie”. Przygotowuje do druku monografię „Heros i łotr. Pogański wojownik w średniowiecznej literaturze Islandii”. Publikował w Wiedzy i Życie, Focusie Historia, Mówią Wieki i Nowej Fantastyce. Obecnie pisze artykuły popularnonaukowe dla Wirtualnej Polski. W 2016 roku nominowany przez redakcję Nowej Fantastyki do nagrody „Reflektor”.

środa, 8 czerwca 2016

Skald. Wężowy język, tom 1

Miło mi poinformować, że niebawem do księgarń trafi nowa odsłona przygód o Ainarza Skaldzie.

Tak prezentuje się opis z okładki:

”Powiadają, że ciągnie za nim stado kruków żerujących na truchłach jego wrogów. Mówią, że jest biegły w strof składaniu, gdyż z łatwością przekuwa słowa w wersy na kowadle swego języka. Prawią, że język ma rozdwojony niczym u węża, bo z jego ust zarówno mądrość wypływa, jak i słowa o zdradzie i podstępie. Opowiadają, że tworzyć potrafi jeno słowem, bo czynami sprowadza wyłącznie pożogę i śmierć.”




“Wyjęty spod prawa na Północy i znienawidzony na Wschodzie Ainar Skald rusza na kolejną wyprawę. Postanawia, że tym razem naprawdę coś zbuduje – został przecież konungiem. Wprawdzie na razie tylko morskim i bez ziemi, za to dysponującym flotą i bitną armią. Dzioby okrętów skierował ku Miklagardowi, najbogatszemu miastu na świecie. Bogate łupy zawsze się przydają przy budowie królestwa, ale do Bizancjum ciągnie go coś więcej. Wiadomość od tajemniczej kobiety z przeszłości, która nawiedza go we śnie i przypomina o starych występkach.”


wtorek, 29 marca 2016

Reflektor - nominacja!

Miło mi ogłosić, że zostałem nominowany do nagrody miesięcznika Nowa Fantastyka w kategorii “Reflektor - dla talentów pisarskich, które jeszcze nie porwały tłumów, ale wkrótce to zrobią.”

Pełną listę nominowanych znajdziecie tutaj:

Dziękuję za nominację. Trzymajcie kciuki na Pyrkonie, gdzie nastąpi rozstrzygnięcie :)

sobota, 20 lutego 2016

Ragnar Lodbrok - legendarny władca wikingów

Z okazji premiery nowego sezonu "Wikingów", dla wp.pl piszę jak to było naprawdę z tym Ragnarem Lodbrokiem:

"Wikingowie handlowali, odkrywali, łupili i wojowali. Cenili odwagę, lojalność i waleczność, a mężowie, którzy dowiedli swojego honoru i zdobyli wojenną sławę, wedle ówczesnych wierzeń po śmierci od miecza trafiali na ucztę do Walhalli oraz do opowieści swoich pobratymców. Poświęcone im sagi krążyły po Skandynawii, ich czyny obrastały legendami, a oni sami stawali się dla potomnych niedoścignionymi wzorami idealnych wojowników. Jednym z takich herosów był Ragnar Lodbrok, który dziś, około 1200 lat po swoim urodzeniu, podbija popkulturę.






O historycznym Ragnarze nie wiemy zbyt wiele. Wedle źródeł frankijskich, skandynawski wódz o imieniu Reginheri (albo Regneri, Reginerus, Ragenarius) wadził się z samym cesarzem Karolem II Łysym (żył w latach 823-877), a w roku 845 złupił Paryż i wkrótce po tym zmarł, ukarany za swoje bezbożne czyny. Badacze łączą go z niejakim Reghnallem, który w 831 roku odwiedził Irlandię w celach poznawczych, z toporem w dłoni i doszukują się jego związku (pokrewieństwa?) z duńskim królem Horicusem I (zm. 854 r.). Kronikarze z XI wieku donoszą natomiast o niejakim Lodbrocu (Wilhelm z Jumieges) lub Lodparchim (Adam z Bremy), który był ojcem Björna i Ivara, wikińskich wodzów, znanych z wypraw łupieskich na Anglię, organizowanych w drugiej połowie IX wieku. Brak jednak pewności, czy mamy do czynienia z jednym wojownikiem o imieniu Ragnar Lodbrok, czy też z dwoma historycznymi postaciami (Reginheri i Lodbroc), które w jedną osobę połączyła dopiero późniejsza, dwunastowieczna tradycja, za sprawą Ariego Thorgilssona (zm. 1148; autor "Íslendingabók", gdzie po raz pierwszy złączono imię Ragnara z przydomkiem Lodbrok). "



Więcej na: historia.wp.pl





Pan Powieszonych

Szanowni miłośnicy fantastyki!

Uprzejmie donosi się, że w lutowej Nowej Fantastyce opublikowano opowiadanie młodego, krakowskiego pisarza - Łukasza Malinowskiego. Tekst nosi tytuł "Pan Powieszonych" i jest historią pewnego wikińskiego powroźnika, który lubił wieszać ludzi. Oddajmy teraz teraz głos redaktorowi Michałowi Cetnarowskiemu: "To intrygujące, nietypowe fantasy, pisane na głębokim zanurzeniu w realiach historycznych i poza najczęstszymi stereotypami fantasy potolkienowskiej."




sobota, 19 grudnia 2015

Wikingowie w Ameryce

Gdy na kontynentalnej Europie ludzie rozprawiali o rychłym końcu świata, który nadejść miał w roku 1000, wikingowie z Grenlandii ekscytowali się wieścią o odkryciu nowego lądu. Kraina niegdyś zaobserwowana przez Bjarniego Herjolfssona i zbadana przez Leifa Szczęściarza, nęciła swoim bogactwem, więc "zaczęto teraz dużo mówić o tym, że ludzie powinni poszukać tego kraju, który odkrył Leif" (Saga o Grenlandczykach). Poprzedni odkrywcy do Ameryki tylko przybyli i ją zobaczyli, tym razem wikingowie zapragnęli ją zdobyć.


Popłyń z nami na Grenlandię, mówili. To ląd pełen zieleni, niezamieszkany i tylko czeka na śmiałków, którzy go skolonizują i wezmą w posiadanie tyle ziemi, ile zapragną. Rzeczywistość okazała się nie tak różowa, jak obiecywano. Skandynawowie, którzy posłuchali zachęt Eryka Rudego i osiedlili się na Grenlandii, zetknęli się z surowymi warunkami życia, ale przetrwali i zagospodarowali nową ojczyznę. Ta okazała się zresztą bogata, choć nie w urodzajną ziemię, czy lasy, ale przede wszystkim w łowiska i duże stada wielorybów występujących w okolicznych wodach. Dwa skandynawskie osiedla na Grenlandii (wschodnie i zachodnie) liczyły na początku XI wieku od 300 do 500 mieszkańców, wśród których było przynajmniej kilkudziesięciu młodych mężczyzn gotowych opuścić ojcowiznę, by szukać szczęścia i bogactwa w dostatniejszej i cieplejszej Winlandii. Leżąca w Ameryce kraina nie była przecież tak daleko - znajdowała się o wiele bliżej niż ojczysta Skandynawia, a każdy, kto z niej wracał, przywoził ze sobą skarby warte fortunę...

Więcej na: wp.pl

wtorek, 4 sierpnia 2015

Recenzje Skalda. Kowala słów tom 2

Upał, lenistwo, zimne piwko. I dobra książka do poczytania...

Przez miesiąc od premiery nowego Skalda ukazało się mnóstwo recenzji. Dobrych recenzji, co najważniejsze :) Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli przeczytać moją książkę i jeszcze przezwyciężyli wakacyjne lenistwo, by napisać kilka słów o nowym Skaldzie.

Na portalu Dużeka.pl twierdzą, iż: “Powieść w pełni utrzymuje wysoki poziom poprzedniczki, akcja mknie do przodu, aż do zaskakującego zakończenia. […] Wszystkim fanom wikińskich opowieści gorąco polecam cykl o Skaldzie, zwłaszcza jeżeli macie już przesyt ugrzecznionych głównych bohaterów i nie macie nic przeciwko lekko zdradzieckim i mocno narcystycznym szelmowskim szubrawcom.“

Jarek Nelkowski poleca: "Ciekawy pomysł, sprawna realizacja, nieźle scharakteryzowane postacie bohaterów głównych i pobocznych, oraz spora doza nieprzewidywalności zdarzeń, powoduje iż powieść naprawdę bardzo dobrze się czyta”

Na granicach Damian Kopeć w żartobliwym tonie pisze: “To nie jest proza dla zwykłych śmiertelników, dla spokojnych wielbicieli historii. Raczej coś dla nowych humanistów zafascynowanych wojną, walką, zabijaniem. Dla wielbicieli niosących oświecenie Wikingów, Tatarów i innych walczących z przeludnieniem Ziemi ludów. Także dla tych, lubiących mniej znaną i potraktowaną bez zbędnych naukowych rygorów historię Europy.”

Według recenzenta Enklawa Network: “Drugi tom Kowala słów to naprawdę udana, kompletna książka. Ma wszystko to, czego można oczekiwać po kontynuacji, ale jednocześnie potrafi też dostarczyć nowych wrażeń.”

Don Szabla na łamach naszych recenzji przekonuje niezdecydowanych: "Kowal słów to porcja bardzo dobrej fantastyki. Każdy miłośnik tego gatunku, który sięgnie po książkę Łukasza Malinowskiego, otrzyma solidną dawkę emocji, ciekawą historię i dozę czarnego humoru, który jest dewizą tej serii. Czy warto poznać Ainara Skalda, pieśniarza o ciętym języku i barwnych strofach? Oczywiście, że tak. W moim rankingu Ainar zajmuje jedno z czołowych miejsc w fantastyce. Pozostaje tylko czekać na kolejną część. Polecam i szczerze zachęcam do sięgnięcia w głąb tej serii."

Nowy Skald dotarł również do redakcji Nowej Fantastyki, a Rafał Śliwiak napisał: “Porządna saga zaczyna się pieśnią, a kończy ucztą […] Proza Malinowskiego jest inteligentna i dowcipna. I już samo to by wystarczyło do czerpania satysfakcji z lektury. Jednak pisarz nie poprzestaje na frywolnej zabawie słowem. Wikła bohaterów w skomplikowaną intrygę, karze im dokonywać trudnych wyborów i wciąż walczyć o przeżycie. Opisy tej walki zaskakują dynamiką, pomysłowością i dramatyzmem, tonowanym jednak lekkością stylu. Dzięki doskonałemu przygotowaniu merytorycznemu autora, w pełni wiarygodnie prezentuje się bliski realiom X wieku świat powieści, z jego mitami, obyczajami, życiem codziennym. Uwzględniając to wszystko, nie będzie przesadą stwierdzenie, że książki Malinowskiego mogą z powodzeniem konkurować z najciekawszymi dokonaniami czołowych polskich pisarzy fantasy.”

A na koniec zamieszczam jeszcze skany recenzji obu Skaldów, jakie ukazały się na łamach Nowej Fantastyki.


Skald. Kowal słów, tom 2

Autor zapomniał. Zapomniał poinformować, że już od ponad miesiąca w sprzedaży dostępna jest jego nowa powieść "Skald. Kowal słów, tom 2". Książka jest również dostępna w ebooku. Zachęcam do czytania i do świętowania...


wtorek, 14 kwietnia 2015

Premiera "Skalda. Kowla słów, tom 2"

Dziś news, na który czekali wszyscy sympatycy Skalda. Wydawnictwo zapowiedziało premierę najnowszego tomu na 13 maja! Trzymajcie kciuki, by tym razem nie było żadnych opóźnień Emotikon wink
A oto krótka, okładkowa zapowiedź tego, czego możecie się spodziewać po finale "Kowala słów":

"Narzeczona dostarczona, zadanie wykonane, nagrody brak. Ainar Skald czuje się oszukany i planuje na kaganie Tirusie Wielkim pomstę, o jakiej krążyć będą pieśni. Na myślenie ma dużo czasu, ponieważ siedzi w więzieniu. Swoją obecnością ma uświetnić dzień zaślubin Tirusa Wielkiego z Ingigerdą Złotowłosą, szkoda tylko, że wystąpi jako główny bohater uroczystej egzekucji. Tymczasem do Dyragardu zmierzają Ali Czarny Berserk i Haukrhedin, którzy chcą po swojemu rozmówić się z wiarołomnym poetą. Zaś władcy Glaesiru oraz Odainsaku rozsyłają wici i gromadzą wojska. Czas rozpocząć wojnę."


poniedziałek, 23 marca 2015

Mity historii: Duży Wiking czy mały wiking?

Dzisiejszy mit dotyczy nie tylko historii, ale i języka polskiego. Ten, jak mawiają, „być trudny język” i nawet badaczom oraz pisarzom stwarza wiele problemów. I tak na przykład w polskiej skandynawistyce do dziś nierozstrzygnięty jest spór, czy słowo „(W)wikingowie” powinniśmy pisać z dużej, czy z małej litery? Spór ten jeszcze postaram się zaognić. Albo ugasić. A najpewniej jedno i drugie.

Zacznijmy klasycznie: od początku. Chronologia to przecież podstawa nauk historycznych. Słowo Wiking stało się w Polsce popularne w XIX wieku, wraz ze wzrostem zainteresowania średniowieczną Skandynawią. Wtedy to wprowadzono pisownię słowa „Wikingowie” z dużej litery, na co wpływ miały obce języki (angielski, niemiecki czy francuski) i ogólnoeuropejskie przeświadczenie, że pojęcie to oznacza przedstawiciela skandynawskiej kultury żyjącego w okresie Wikingów (793-1066). Wszystko było więc tutaj jasne i zgodne z wymogami języka polskiego. Utrwalmy to sobie przez powtórzenie: Wiking to ogólna nazwa mieszkańca Skandynawii w IX, X i XI wieku i z tej racji jest „godzien”, by pisać go z dużej litery. Reguły są bowiem jasne – z dużej litery piszemy nazwy mieszkańców krajów i części świata (np. Skandynawowie). Gdzie więc problem?

Problem pojawił się, gdy w drugiej połowie XX wieku naukowcy baczniej przyjrzeli się etymologii słowa „Wiking”. Słusznie wskazano wtedy, że w języku staroskandynawskim (zwanym też staronordyckim lub staroislandzkim) słowo víkingr oznaczało morskiego pirata i związane było z wyrażeniem fara í víking, co znaczyło „udać się na wiking/wyprawę łupieską”. Naukowcy uznali więc, że wiking to nazwa zawodu, a przynajmniej hobby, i pozbawili go prawa do podpisywania się z dużej litery. Duży Wiking stał się małym wikingiem. W zasadzie tu też jest wszystko jasne. Skandynawski wiking to pirat i tak jak plugawy pirat z małej litery winien być pisany. Ale jednak ta argumentacja wszystkich nie przekonała. Duży wpływ miała na to długoletnia tradycja językowa i niechęć Polaków do zmian w pisowni, ale to tylko jedna strona medalu. Prawdziwy dylemat rodzi się bowiem wtedy, gdy przyjrzymy się, jak w dzisiejszych tekstach używa się słowa (W)wiking.

Gdy historyk pisze o kulturze Wikingów, to ma na myśli sposób wysławiania się morskich łupieżców, czy może jednak sztukę oraz poezję mieszkańców Skandynawii? Gdy mówimy o religii Wikingów, to chodzi nam o morskie przesądy piratów, czy jednak o zespół wierzeń ludzi zamieszkujących Północną Europę i połączonych wspólną kulturą i językiem? A co z ubiorem, kuchnią, prawem i mentalnością Wikingów? Te zagadnienia odnoszą się tylko do wąskiej grupki mężczyzn pływających po morzach w przyciasnych łódkach, czy może dotyczą też kobiet, dzieci, starców, rzemieślników i kupców? We wszystkich tych przypadkach, zgodnie z zasadami języka polskiego, „Wikingów” powinniśmy pisać z dużej litery. Co więc z małą literą? Jej winniśmy używać odnośnie wikingów wyprawiających się na „wikingi”, przy czym można już mieć wątpliwości, czy w taki sposób (jako zwykłych piratów) można określać wielkie armie z władcami na czele, które pustoszyły chociażby Anglię. Może więc powinniśmy w ogóle zrezygnować z używania słowa Wiking w znaczeniu ogólnym i pisać po prostu Duńczyk, Norweg, Szwed czy mieszkaniec średniowiecznej Skandynawii? Tak byłoby najwłaściwiej, ale nie ma się co łudzić, iż uda się wyrugować popularne znaczenie pojęcia „Wiking”. Bo po prostu jest ono wygodne, nawet dla historyków. Jak bowiem zgrabnie nazwać przedstawicieli kultury skandynawskiej z X wieku, którzy mieszkali w Irlandii, Anglii, Norwegii, Rusi, Grenlandii, Szwecji, Normandii i Danii? No przecież, że Wikingami!



W chaosie ten nasz wiking żył, grabiąc i łupiąc Europę, i na chaos w nazewnictwie jest skazany po dziś dzień. Historyk czy pisarz musi jednak próbować to uporządkować, gdyż nie do przyjęcia jest, by w jednej publikacji używać różnej pisowni tego samego słowa. Czytelnik pogubiłby się przecież i uznał autora za grafomana, co to się mądrzy, a sam nie wie, jak się pisze „W(w)iking”. Ja do dziś nie jestem pewny. W moim prywatnym przekonaniu bardziej właściwa jest pisownia Wikinga z dużej litery, bo choć kłóci się ona z pierwotnym znaczeniem słowa víkingr, to jednak jest zgodna z długoletnią tradycją języka polskiego i ma swoje uzasadnienie we współczesnym używaniu tego pojęcia. Z drugiej strony nie mam wielkich nadziei, że wiking znów stanie się Wikingiem, ponieważ to mały pirat stał się ostatnio popularniejszy, zwłaszcza w środowisku akademickim. I sam najczęściej piszę „wikinga” z małej litery, bo nie widzę sensu rozdzierać za niego szaty.

Pierwszy to mit opisywany na tym blogu, który nie zakończy się wyjaśnieniem ani sensowną konkluzją. Obie formy słowa W(w)iking mają swoje uzasadnienie i właściwie każdy może sobie wybrać, którą woli. Nie będzie w tym większego błędu. Dla dobra językowej unifikacji proponuję jednak pisać tego kłopotliwego korsarza z małej litery. W końcu postmodernistyczny językowy wygibas „W(w)iking” również jest nie do przyjęcia.



czwartek, 19 marca 2015

Skald inspiruje?!

Z okazji premiery audiobooka “Skald. Karmiciel kruków” wspólnie z fundacją Patrimonium Europae ogłaszam konkurs!

Tym razem trzeba się będzie wykazać kreatywnością. A oto co należy zrobić:

1.) Stwórz i wyślij mi swoją pracę twórczą nawiązującą do cyklu “Skald”. Może to być rysunek (np. bohatera), zdjęcie (np. mojej powieści w ciekawym miejscu), utwór poetycki, prozatorski lub marketingowy (np. reklamę “dlaczego warto czytać Skalda”). Swoje dzieła można zamieszczać w komentarzach na moim facebookowym profilu autorskim lub przesłać mi na facebookową skrzynkę.

2.) Polubić na facebooku profil autorski Łukasza Malinowskiego.

3.) Udostępnić informację o konkursie na swojej facebookowej tablicy.



Do wygrania cenne nagrody.

Miejsce 1: Zestaw książek z cyklu Skald (“Karmiciel kruków”, “Kowal słów t. 1”), audiobook “Skald. Karmiciel kruków”, książka J. Grajnerta “Wikingi z Wolina”.

Miejsce 2: Audiobook “Skald. Karmiciel kruków”, książka J. Grajnerta “Wikingi z Wolina”.

Miejsce 3: Audiobook “Skald. Karmiciel kruków”.


Konkurs trwa trzy tygodnie - do 10 kwietnia (godz. 24.00).




piątek, 13 marca 2015

W księgarniach jest już dostępny audiobook “Skald.Karmiciel kruków”. Czyta niezastąpiony Roch Siemianowski.

Płytę z książką można nabywać między innymi w empiku, ale polecam zapoznanie się z ofertą mojej ulubionej księgarni bonito.pl gdzie zwykle mają najtaniej:)

Zapraszam do słuchania :)


środa, 7 stycznia 2015

Wilki wojny



Najnowszy numer Focus Historia ekstra w całości został poświęcony wikingom. W środku znajdziecie aż siedem moich artykułów!





Spis treści:

  • 300 lat grozy
  • Jak zdobywano dziki zachód... i całą resztę
  • Jak wyglądał trening wojowników
  • Smoki na wodzie
  • Ameryka wikingów
  • Wilki wojny
  • Władcy muchomorza
  • SMS-y wikingów
  • Egzekucje na cześć boga
  • Normańska dynastia Piastów
  • Nordycki think-tank Mieszka I
  • Polskie ślady skandynawskich wojowników
  • O dwóch braciach, którzy braćmi nie byli
  • Walkirie, królowe i zdobywczynie Ameryki
  • Strofy dla krwawego topora
  • Zdobywca Anglii, wnuk Piasta
  • Francuski książę, wikińska krew
  • Tak się bawi wiking!
  • Na pastwisku, przy ognisku
  • Magiczny świat wikingów
  • Nic o nich bez nas
  • Wszystkie zastosowania wikinga
Więcej na:

czwartek, 30 października 2014

I can show a Viking on a camel


In the beginning of August, Erica Publishing House released “Kowal słów” (The Wordsmith), a novel by Łukasz Malinowski – a historian and an expert of middle-age Scandinavia. The main character of the book, Ainar the Skald, is known to the readers from “Karmiciel kruków” (Feeder of Ravens) – a must-read for all Viking stories lovers, published in 2013. The author of the novel about a cheeky poet and swashbuckler will tell us about the beginnings of his love for the North, the clash of cultures and  plight of a Polish humanist.

Joanna Wasilewska: You are a historian by education, and in 2010 you gained your PhD at Jagiellonian University. Why did you choose history?
Łukasz Malinowski: Since I was a child I was curious of the world. I took interest in all that is different or uncommon. I was passionate about stories, both fictional and from the past ages. At high school, these interests focused on history, although I was also drawn to other sciences, especially philology, archaeology and philosophy. In this way, from my young passions sprung an interest in historical studies, which at that time seemed to me the most interesting.
JW: Why Vikings?
ŁM: I have in me this fascination for wilderness, for primal, stern culture of the North. A different mentality, mysterious mythology, bravery as a rule for code of ethics. All this roused my curiosity. This doesn’t mean that other epochs or countries do not interest me. At this moment I am into Vikings, then I will move to something else.
 
JW:  The hero of your books is a charming Ainar the Skald, an individual met with a sincere enthusiasm of readers of both sexes, and I’m not entirely sure if he’s not loved more by the ladies… Where did you get him from? Did you wake up one night struck by the bolt of inspiration?
ŁM: I heard about the bolt of inspiration, but I haven’t been struck by it yet. Inspiration is a complex state, which one can reach by continuously feeding one’s mind by knowledge, or new stimuli. At least that was what happened to me. Ainar the Skald grew in me for a few years, as he related to historical skalds and heroes who were the topic of my PhD thesis.
JW: About that, there is quite a winding road from doctorate to belles-lettres. What made you change a scholar publication to an adventure novel?
ŁM: Writing a publication, studying the structure of Icelandic sagas and delving into early middle-ages mentality, I felt a need to write something lighter, something what will have a chance to reach a wide scope of readers, and not only a handful of specialists. I built Ainar basing on heroes from Scandinavian sagas, such as Egil Skallagrimsson, Grettir Asmundarson, Örvar Odd or Viga-Glum. Of course I modernized Ainar,  so that he was more attractive to a contemporary reader, as I couldn’t aim my novel at thirteen-century Europeans.
JW: I was a bit ironic in calling Ainar “charming”. He is far from fantastic heroes and sinless defenders of morality.
ŁM: He might be far from that, but I created this character to be a hero not according to contemporary rules, but to early middle-age mentality. When you take a closer look at the world described in the series, you will find that Ainar is ideed a hero in this reality, and only seldom does he turn to “sin” and villainy.

JW: Most fantasy authors make their debut in short forms, for example writing on Internet portals. You do not have such experience, do you?
ŁM: Indeed. The Crow feeder is my literary debut. Generally, I started to write quite late. I had my first literary exercises on my MA studies, but later I was preoccupied mainly with science, and only after receiving my PhD did I start to think about belles-lettres more seriously. It had it’s good and bad sides. I lacked in writer’s experience, but on the other hand I knew exactly what and how I want to write. And so I worked on the literary craft (what helped me, were my adventures with journalism, and popular science writing) and almost immediately I managed to interest the publisher with my book. Earlier, I occasionally tried to sell my short stories to the press, but I never sent to any portal on the Internet.
JW: Was it difficult to break through?
ŁM: I sent the first Skald to a few publishers. Some of them were interested, but we cannot kid ourselves, the debutant is not sought-after very much in Poland. Therefore, when Erica laid a solid offer on the table, I chose them without waiting for the final decision from the others.
JW: The editor of your books is Artur Szrejter - also a writer – author of many stories and popular science news about Germanic mythology. Were there no territorial struggles between you?
ŁM:I am extremely lucky to cooperate with an editor who not only knows his trade perfectly, but also is very familiar with the topic of my books. Artur helps me a lot, especially by cool-headed, and pointing out places where I might be hard to understand by a reader not oriented with Scandinavian climates. In other words, he makes my novels more understandable to readers and scolds me for too far advanced historical-cultural references.
JW: Many readers were surprised by Ainar’s pantheon of gods. A common reader expects Thor and Loki <sic!> in a book about Vikings, whilst here he finds some unfamiliar names… What made you to cast well-fixed names-symbols?
ŁM: My approach to the Nordic beliefs results from two things. Firstly, it was historically justified, as there was no one Viking system of beliefs and no consistent pantheon of gods. In early medieval Scandinavia, there was, however, a number of systems, different in relation to one another and connected to a particular family, or particular region. And so, people living in a particular fiord would worship different gods from these living in a neighbourhood valley. And if we’re discussing Vikings, we have to realize that we’re talking about 300 years of history and many countries such as Norway, Sweden, Denmark, Iceland, Greenland, England, Ireland or Kiev Rus. There were regional differences everywhere with changes resulting from cultural clashes on top of that. The Scandinavians themselves toyed with  pagan myths in XIII and XIV century and in sagas they presented ever-changing faces of old gods, hiding them under different names. Secondly, using less known view on pagan beliefs, I wanted Ainar’s world to be original. I wanted to find  a way to differentiate my work from the mass of other writers dealing with the Vikings. In this way I entered the realm of fantasy, because, since I wanted to keep the historical accuracy in material or mental sphere, I let my imagination loose in the fields of beliefs and human imagination.
JW: I know that some of these who read the first tome did not like the fragments describing Christian religion (or monks, to be exact) in less than favourable light. Did you expect Ainar to be controversial?
ŁM: Writing a historical prose I relate to mentality and beliefs represented by people of that period. In case ofSkald it was X century. And so I happen to write about things that are difficult, or maybe a bit controversial from contemporary point of view. In general, I am fascinated by religion and cannot understand why fantasy writers so seldom reach for it. It is, after all, an inseparable element of human civilization and a lion share of world’s culture relates to history. All the more, when writing about X century it is impossible to separate oneself from the system of beliefs at that time, as it was a part of everyday life more strongly than today, and thus it created people’s mentality.
JW: In the second tome there is a bit less of seditious topics…
ŁM:  I never wanted Skald to become a series with a religious theme, as for example a series by Piekara (“The Inquisitor cycle”). The crow feeder was a book about passion and the clash between a pagan point of view with a Christian morality. In The Wordsmith I concentrate more on other things, although religion is still important to the characters. The latest novel is about madness and its changing faces, which is only loosely connected with the religion.
JW: The first Skald is located in the North, but in the second tome Ainar travels to places new to him. One of the new characters is called Alosza – not a very Nordic name…
ŁM: There are so many novels about Vikings and yet, almost all of them take place in the north of Europe. It’s hard to find there any free “literary lot” that could be ploughed with a pen. Luckily, Vikings travelled to the farthest corners of the world known to them at that time, which gives me a lot of freedom in choosing the action for my novels. Such approach is difficult and rarely used by the authors, as it requires not only a deep study into Scandinavian culture, but also a study of people who lived in the region you describe. However, I always liked cultural clashes and so I thought it might be an interesting idea to describe very diversified middle-age societies through the eyes of a Scandinavian hero. That’s why Ainar appears in Norway, Iceland, Ireland, in the east of Rus, and later in Byzantium and maybe in North Africa. In my books one might find (so far) elements of the culture connected to Scandinavians, Irish, English, Slavs, Finno-Ugrics, Pechengs, Hazaras, Oghuz Turks, Burdases, Volga Bulgarians, Arabs, Persians, Africans and the Wagadou Empire. Thanks to this approach I can for example present a Viking riding on a camel.
JW: Arethe elements of fantasy from the second tome at the same time elements of folklore? As I understand it a shrewd peasant on a bear and a man with a flacon are not taken from pop culture…
ŁM: Whilst writing about the east of Europe I looked into the Russian folklore, tradition related to bylinas. It was in this climate that I described Joyful Ilya, the boy with a bear. This character also relates to middle-age jugglers who entertained the public with trained bears. This so-called “bear wrestling” or “bear dancing” was a common entertainment. This might seem too light, too fairy-tale compared to cruelties of the world, but I can assure you that this popular Russian motive was interpreted by me and as the  story goes, it becomes darker and bloodier. Haukrhedin, however, whose head is dwelled by a man and a hawk is a direct reference to Scandinavian beliefs regarding shape-shifting hamramirs.
JW: Regardless if he’s fighting the monks, with the absence of monks, on a horse, or on a camel, Ainar still remains a Skald and does not shun of presenting his creativity. Does writing of Viking poetry takes a lot of your time?
ŁM: Construction of skaldic stanzas is difficult, especially in the Polish language. Viking poetry was mainly based on the rhythm created by alliteration, that is repetition of the same letter in the accented syllables. There were a few metres in poetry, which determined exactly the way this rhythm was supposed to look like (for example the first and the second line must be connected with common alliteration, whilst the third created another alliteration). The most popular means of style was kenning, that is poetical circumlocution. An utmost effort was made into not calling things by their names, and so “a ship” would become “a marine stallion”, whilst “a warrior” would be described as “a tree with a sword”.
JW: You frequently visit conventions where you appear with different lectures. Do you feel a strong bond with the Polish fandom?
ŁM: I I feel a bond to fantasy as a broadly defined cultural stream. I have a liking towards the fantasy community, but I’m not bound to it because I don’t know it well. I started to attend the conventions only in 2013, because of  the debut of the “Feeder of Ravens”. However, since my early years, I have been connected to the fantasy as a reader and a viewer.
JW: The premiere of „The Wordsmith” took place during the Festival of Slavs and Vikings in Wolin. Are you a member of historical re-enactment group?
ŁM: I have a huge fondness towards the historical re-enactors, although I have never been a part of it. I grew up in a small town, where there was no Viking re-enactment group, and after my wedding, when I moved to Kraków, I did not have the time to pursue another hobby. I have a lot of friends among the re-enactors, though.
JM: Same as among the readers?
ŁM: During the latest festival in Wolin, a very nice lady came to me with information that she organizes RPG games localized in the world of Skald. It was surprising for me, but also very nice.
JW: Apart from writing books you also write articles for a few periodicals. It is known in Poland, however, that it’s difficult to make a living writing books. Do you plan further scientific career?
ŁM: Everything is in the transition right now. I’m trying to cultivate history in every possible way and combine my scholar work with writing. I am not, however, connected to any university at the moment, although I still hope this will change. The truth is, no one values young humanists in Poland, and the authorities would happily see them behind the borders of our country. Writers, philosophers, historians and philologists seem not to be needed for the society. What counts here is money and new technologies.
JW: So there is a real risk that one day you will leave Skald and all his Viking assets and take a course of a forklift operator, or explore the secrets of machining?
ŁM: For me this sounds more complicated than writing books, but who knows? If I won’t manage to get readers’ attention with my creativeness (I’m hopeful so far, as people want to interview me) I will have to stop and retrain. But let’s not go to defeatism, I hope all is going to be well.
JW: You won’t find an interview with a writer without a question about what he writes or watches, so let’s be done with it…
ŁM: I read different things. As a historian I digested a whole mass of scientific books, but I was never averse to fiction. I read fantasy, classical literature and historical novels. I know so many excellent writers, that I cannot pick the favourite one. I guess it would be someone among the following group: Neil Gaiman, Neal Stephenson, China Mieville, George Martin, J. R. R. Tolkien, Andrzej Sapkowski. I also like books by Michaele Chabon, Charles Bukowski and Cormac McCarthy. I also appreciate Polish fantasy writers with Łukasz Orbitowski, Jarosław Grzędowicz and Robert Wegner in the lead. It’s the same with movies, I can’t really choose. Following the thesis that we apotheosise our youth I think that I would choose something from my school years: Alien, Raiders of the Lost Ark, Blade Runner, Apocalypse Now, Lost Highway, Clockwork Orange,  everything by Coen brothers. I will also mention a tremendous Spanish movie The Secret in Their Eyes which stayed in my memory for a long time and surely is among my favourite movies. Presently I also watch American series, especially these dealing with history and drama.
JW: The second tome of “The Wordsmith” will be published in the autumn, but this isn’t the end of Ainar’s adventures, is it? And besides you have more than fiction in your plans.
ŁM: The non-fiction book will be publishing of my PhD thesis The hero and the villain. Pagan warrior in the culture of middle-age Iceland which will also appear in autumn. Besides, I am already writing a new novel about Ainar the Skald, located in Byzantium and the Greek Isles. It will be a novel about pirates, hooligans and a court collusions.
JW: Hooligans?
ŁM: Byzantines of Constantinople adored harness racing organized in the Hippodrome and  the most ardent supporters organized themselves into demes. There were four of them (Red, Blue, Green and White) and most researchers compare them to nowadays football hooligan groups. Sometimes they would demolish the city or stand in the lead of the uprising of the city’s poor, but usually they organized themselves the competitions (each deme would present their own harnesses, acrobats, dancers, etc.) and they had their own “police” that kept order in some district of Constantinople.
JW: All thatis left to say is thank you and wish you every success.
(Translated by Przemysław Walerjan)

sobota, 11 października 2014

Ainar Skald ma własną stronę!


Drogi internetowy Wędrowniczku.

"Wsłuchaj się w uspokajający szum komputera, wyobraź sobie, że to odgłos fal rozbijających się o brzegi norweskich fiordów i przeglądnij stronę, do jakiej zagnały Cię wyszywające los Twojego życia norny..."

Dzisiaj ruszyła konkurencja dla niniejszego bloga. No może bardziej uzupełnienie. Ainar Skald doczekał się własnej strony internetowej, która będzie główną platformą informacyjną o wszelkich newsach związanych z cyklem "Skald". Dziejopisarstwo i Fantastyka nadal zostanie moim blogiem, na którym będę się bezczelnie promował i prawił o rzeczach wykraczających poza moją literacką aktywność.                                                                 

Zapraszam na:
http://ainarskald.pl/


czwartek, 2 października 2014

Najlepsza książka na jesień

Jesień to wspaniały czas na czytanie, a i księgarniane półki uginają się od nowości. To także czas plebiscytów.

Miło mi poinformować, że "Skald. Kowal słów t.1" został wytypowany do konkursu na najlepszą książkę jesieni 2014 w kategorii "z historią w tle". Plebiscyt organizuje zacny portal granice.pl. Jeśli ktoś ma czas i ochotę może zagłosować na moją powieść tutaj:

http://www.ksiazkanajesien.pl

Na głosujących czekają cenne nagrody książkowe. Kto wie, może nawet uda się wygrać Skalda. Kowala słów ...



środa, 20 sierpnia 2014

Rajskie krainy wikingów

Każdy lud ma swoje raje i wikingowie nie byli wyjątkiem. O Walhalli, czyli zarządzanej przez Odyna Halli Poległych Bohaterów, słyszał niemal każdy. Szereg skandynawskich bóstw także miało swoje pozaświatowe siedziby, do których mogli trafić „grzeczni” wikingowie. Nordyccy rozbójnicy znali również rajskie krainy, do których można było zawędrować, albo do nich dopłynąć. Nie różnili się tym od swoich południowych kolegów, rozpowiadających historie o ziemskim Edenie i Wyspach Szczęśliwych oraz od Irlandczyków, którzy marzyli o wyspach uciech wszelakich.

Zachodnim rajem wikingów była Winlandia. Ale zaraz, zaraz. Przecież badania archeologiczne w L’Anse aux Meadows potwierdziły, że Skandynawowie rzeczywiście dotarli do Ameryki Północnej niemal pięćset lat przed Kolumbem! To prawda, ale w skandynawskiej tradycji zachował się również obraz Winlandii jako wikińskiej ziemi obiecanej, krainy gdzie rośnie samosiewne zboże i winorośl, rzeki obfitują w ogromne łososie, rosa jest słodka niczym miód, a w zimie nie ma śniegu ani mrozu. Brzmi całkiem podobnie do irlandzkich opowieści o Wyspie Świętego Brendana.


Zdj. Średniowieczna (z ok. 1300 r.) mapa świata z Ebstorf, na której przedstawiono ziemski Raj. 

Wikingowie na wschodzie nie byli gorsi w fantazjowaniu. Im z kolei marzyły się legendarne bizantyjskie i arabskie bogactwa. Szczególnie urzeczeni byli opowieściami o Indiach, choć nie koniecznie mieli na myśli ten sam region, co my. Indialandem nazywali bowiem każdą egzotyczną krainę na wschód od Morza Kaspijskiego. W tradycji skandynawskiej Indie stały się nie tylko krajem rajskim, ale i bajkowym, który obfitował w bogactwa, czarowników, potwory, i … latające dywany. Z Indiami wiązano też dwie pozaświatowe krainy, które w źródłach są znane jako Glæsisvellir i Ódáinsakr. To właśnie w nich toczy się akcja „Skalda. Kowala słów”.

Tym, którzy zechcieliby szukać Glaesiru (forma uproszczona na potrzeby powieści) i Odainsaku na mapach średniowiecznej Europy, podpowiem: nie warto. Próbowali już liczni badacze – niektórzy wskazywali na Indie lub ich okolice, inni na region na wschód od Uralu. Same nazwy tych krain wskazują jednak na ich pozaświatowy, niekoniecznie rzeczywisty charakter. Glaesir według różnych hipotez to Kraina Bursztynu lub Kraina Radości, z kolei Odainsak to Ziemia Nieumarłych, gdzie ludzie nie znają śmierci. To nastręcza geografom problemów, choć wskazówką może być wzmianka o bursztynie. Ten był bowiem cennym towarem eksportowanym przez Słowian i wikingów do krain arabskich, głównie z wykorzystaniem ówczesnych „autostrad” czyli dwóch wielkich rzek: Wołgi i Dniepru. Wiemy też, że wschodni Waregowie w znacznej mierze kontrolowali ten handel, zakładając liczne faktorie handlowe wzdłuż ruskich rzek. Tym tropem poszedłem i ja. W świecie Ainara Skalda, Glaesir i Odainsak to dwa zwaśnione ze sobą państwa, leżące w regionie środkowej Wołgi i Kamy. To bogate ośrodki gdzie skandynawska kultura miesza się z wpływami ugrofińskimi, słowiańskimi i tureckimi, a o władzę walczą ze sobą ekscentryczni kaganowie. Głównym grodem Glaesiru jest Dyragard, czyli Zwierzęcy Gród, a stolicą Odainsaku jest tajemniczy Treborg – „Drzewny Gród”.

Zapraszam w odwiedziny.





Zdjęcie: Średniowieczna (z ok. 1300 r.) mapa świata z Ebstorf, na której przedstawiono ziemski Raj.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Hamramirzy


Tur, wilk, jastrząb, niedźwiedź, ryś i dzik to popularne zwierzęta żyjące we wczesnośredniowiecznych puszczach. Nie mogło ich zabraknąć w powieści Skald. Kowal słów, której znaczna część akcji osadzona jest we wschodnioeuropejskich kniejach. Ale spokojnie. To nie jest podręcznik do zoologii, czy przewodnik po lesie. Wymienione zwierzęta są bohaterami powieści tylko dlatego, że są bardzo mocno związane z szaloną grupką wojowników. Poznajcie hamramirów:

W średniowiecznych sagach hamramir (stskand. hamramr, l. mn. hamramir), to człowiek, który jest dosłownie „silny kształtem”. O takich ludziach mówiło się, że „eigi ein hama” – nie mają jednego kształtu. Mogli się bowiem zmieniać w zwierzęta. Niekiedy sagi opisywały ich jako czarodziei, częściej jednak jako szalonych wojowników owładniętych „szałem przemienienia” (stskand. hamask, hamremi). Islandzka „Księga o Zasiedleniu” (Landnámabók, XIII w.) tak ich charakteryzuje: „Dufthak z Dufthaksholt był wyzwoleńcem tych braci. Tak jak Storolf Hengson, był potężnym hamramirem. Storolf żył w Hvoll i razem z Dufthakiem kłócili się o pastwisko. Jednego wieczoru, około zmierzchu, ktoś zauważył wielkiego niedźwiedzia wyruszającego z Hvoll i byka z Dufthaksholt. Spotkali się w Storolfsvoll i natarli na siebie w furii. [...] Rano ludzie zobaczyli dziurę tam, gdzie się spotkali, i było tak jakby ziemia odwróciła się do góry nogami. Dzisiaj to miejsce jest zwane Oldugrof. Obydwaj mężczyźni byli ciężko poranieni”.




Ktoś powie: „bajki”. Przecież człowiek nie potrafi zmienić się w zwierzę. Śpieszę więc donieść, że ta przemiana mogła dokonywać się na płaszczyźnie duchowej (choć sagi całkiem dosłownie opisują przemianę ciała). Cały sekret leży w słowie „hamr”, które dosłownie można przetłumaczyć jako kształt, zwierzęcą skórę lub ptasie pióra, ale ma również rytualno-magiczny sens. Kształt był w wierzeniach skandynawskich czymś odrębnym od człowieka, niemal oddzielnym bytem, który człowiek o silnej naturze mógł kontrolować. Założenie zwierzęcej skóry w połączeniu z wiarą w opętanie przez dziką bestię wystarczały, by i hamramir i jego współplemieńcy przekonali się o realności przemiany człowieka w zwierzę. Dyskusyjny pozostaje stan umysłu wojownika, przeświadczonego, iż pomieszkuje w nim duch bestii. I tak dochodzimy do szóstki szalonych hamramirów, którzy są bohaterami Kowala słów: Gaupahedin (Ryś i człowiek o imieniu Hedin), Ulfhedin (Wilk i człowiek o imieniu Hedin), Svinhedin (Dzik i człowiek o imieniu Hedin), Urrhedin (Tur i człowiek o imieniu Hedin), Berhedin (Niedźwiedź i człowiek o imieniu Hedin), Haukrhedin (Jastrząb i człowiek o imieniu Hedin). Razem tworzą braterską drużynę, a każdy z nich wierzy, iż w jego głowie mieszkają dwa duchy: ludzki i zwierzęcy. Dlatego twierdzą, że w sumie jest ich dwunastu. Dwunastu bestialskich, tańczących wojowników.