poniedziałek, 23 marca 2015

Mity historii: Duży Wiking czy mały wiking?

Dzisiejszy mit dotyczy nie tylko historii, ale i języka polskiego. Ten, jak mawiają, „być trudny język” i nawet badaczom oraz pisarzom stwarza wiele problemów. I tak na przykład w polskiej skandynawistyce do dziś nierozstrzygnięty jest spór, czy słowo „(W)wikingowie” powinniśmy pisać z dużej, czy z małej litery? Spór ten jeszcze postaram się zaognić. Albo ugasić. A najpewniej jedno i drugie.

Zacznijmy klasycznie: od początku. Chronologia to przecież podstawa nauk historycznych. Słowo Wiking stało się w Polsce popularne w XIX wieku, wraz ze wzrostem zainteresowania średniowieczną Skandynawią. Wtedy to wprowadzono pisownię słowa „Wikingowie” z dużej litery, na co wpływ miały obce języki (angielski, niemiecki czy francuski) i ogólnoeuropejskie przeświadczenie, że pojęcie to oznacza przedstawiciela skandynawskiej kultury żyjącego w okresie Wikingów (793-1066). Wszystko było więc tutaj jasne i zgodne z wymogami języka polskiego. Utrwalmy to sobie przez powtórzenie: Wiking to ogólna nazwa mieszkańca Skandynawii w IX, X i XI wieku i z tej racji jest „godzien”, by pisać go z dużej litery. Reguły są bowiem jasne – z dużej litery piszemy nazwy mieszkańców krajów i części świata (np. Skandynawowie). Gdzie więc problem?

Problem pojawił się, gdy w drugiej połowie XX wieku naukowcy baczniej przyjrzeli się etymologii słowa „Wiking”. Słusznie wskazano wtedy, że w języku staroskandynawskim (zwanym też staronordyckim lub staroislandzkim) słowo víkingr oznaczało morskiego pirata i związane było z wyrażeniem fara í víking, co znaczyło „udać się na wiking/wyprawę łupieską”. Naukowcy uznali więc, że wiking to nazwa zawodu, a przynajmniej hobby, i pozbawili go prawa do podpisywania się z dużej litery. Duży Wiking stał się małym wikingiem. W zasadzie tu też jest wszystko jasne. Skandynawski wiking to pirat i tak jak plugawy pirat z małej litery winien być pisany. Ale jednak ta argumentacja wszystkich nie przekonała. Duży wpływ miała na to długoletnia tradycja językowa i niechęć Polaków do zmian w pisowni, ale to tylko jedna strona medalu. Prawdziwy dylemat rodzi się bowiem wtedy, gdy przyjrzymy się, jak w dzisiejszych tekstach używa się słowa (W)wiking.

Gdy historyk pisze o kulturze Wikingów, to ma na myśli sposób wysławiania się morskich łupieżców, czy może jednak sztukę oraz poezję mieszkańców Skandynawii? Gdy mówimy o religii Wikingów, to chodzi nam o morskie przesądy piratów, czy jednak o zespół wierzeń ludzi zamieszkujących Północną Europę i połączonych wspólną kulturą i językiem? A co z ubiorem, kuchnią, prawem i mentalnością Wikingów? Te zagadnienia odnoszą się tylko do wąskiej grupki mężczyzn pływających po morzach w przyciasnych łódkach, czy może dotyczą też kobiet, dzieci, starców, rzemieślników i kupców? We wszystkich tych przypadkach, zgodnie z zasadami języka polskiego, „Wikingów” powinniśmy pisać z dużej litery. Co więc z małą literą? Jej winniśmy używać odnośnie wikingów wyprawiających się na „wikingi”, przy czym można już mieć wątpliwości, czy w taki sposób (jako zwykłych piratów) można określać wielkie armie z władcami na czele, które pustoszyły chociażby Anglię. Może więc powinniśmy w ogóle zrezygnować z używania słowa Wiking w znaczeniu ogólnym i pisać po prostu Duńczyk, Norweg, Szwed czy mieszkaniec średniowiecznej Skandynawii? Tak byłoby najwłaściwiej, ale nie ma się co łudzić, iż uda się wyrugować popularne znaczenie pojęcia „Wiking”. Bo po prostu jest ono wygodne, nawet dla historyków. Jak bowiem zgrabnie nazwać przedstawicieli kultury skandynawskiej z X wieku, którzy mieszkali w Irlandii, Anglii, Norwegii, Rusi, Grenlandii, Szwecji, Normandii i Danii? No przecież, że Wikingami!



W chaosie ten nasz wiking żył, grabiąc i łupiąc Europę, i na chaos w nazewnictwie jest skazany po dziś dzień. Historyk czy pisarz musi jednak próbować to uporządkować, gdyż nie do przyjęcia jest, by w jednej publikacji używać różnej pisowni tego samego słowa. Czytelnik pogubiłby się przecież i uznał autora za grafomana, co to się mądrzy, a sam nie wie, jak się pisze „W(w)iking”. Ja do dziś nie jestem pewny. W moim prywatnym przekonaniu bardziej właściwa jest pisownia Wikinga z dużej litery, bo choć kłóci się ona z pierwotnym znaczeniem słowa víkingr, to jednak jest zgodna z długoletnią tradycją języka polskiego i ma swoje uzasadnienie we współczesnym używaniu tego pojęcia. Z drugiej strony nie mam wielkich nadziei, że wiking znów stanie się Wikingiem, ponieważ to mały pirat stał się ostatnio popularniejszy, zwłaszcza w środowisku akademickim. I sam najczęściej piszę „wikinga” z małej litery, bo nie widzę sensu rozdzierać za niego szaty.

Pierwszy to mit opisywany na tym blogu, który nie zakończy się wyjaśnieniem ani sensowną konkluzją. Obie formy słowa W(w)iking mają swoje uzasadnienie i właściwie każdy może sobie wybrać, którą woli. Nie będzie w tym większego błędu. Dla dobra językowej unifikacji proponuję jednak pisać tego kłopotliwego korsarza z małej litery. W końcu postmodernistyczny językowy wygibas „W(w)iking” również jest nie do przyjęcia.



2 komentarze:

  1. Bardzo interesujący blog i wpis! Jako studentka skandynawistyki popieram dużego Wikinga, aczkolwiek moje notatki skrywają zapewne oba jego warianty..;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tak właśnie podejrzewam, że jesteśmy skazani na dwie formy. Filolodzy, publicyści i pisarze będą pisać z dużej, bo ta forma jest bardziej poprawna pod względem językowym, a badacze wikingów będą ich pisać z małej, gdyż jest to usprawiedliwione znaczeniem tego słowa. Pozdrawiam.

      Usuń